Pionierzy Szczecina

Adam Mrowiec

Kiedy chodziliśmy z kolegami na kładkę w pobliżu stacji Pogodno, widzieliśmy Niemców wyjeżdżających transportem kolejowym. Obok w krzaki żołnierze Rosyjscy prowadzili niemieckie kobiety. Jako chłopcy nie rozumieliśmy dlaczego tak mocno przyciskają je do ziemi.

Urodziłem się 25 styczna 1936 r. na Śląsku w Buczkowicach. Zarówno ojciec jaki matka byli pracownikami zakładów włókienniczych w Bielsku Białej. Kiedy nastała wojna tato wstąpił do AK. W styczniu 1945 roku Rosjanie do Buczkowic weszły oddziały rosyjskie.

Tato bał się aresztowania więc postanowił wyjechać na zachód, do Szczecina. Tu zatrudnił się jako kasjer bagażowy na dworcu głównym. Pilnował i przyjmował przesyłki. Na początku mieszkał na ul. Libelta i tam próbował się urządzić, ale szabrownicy ciągle włamywali się do jego mieszkania i zabierali rzeczy. Dlatego wkurzył się i postanowił zająć część szeregowca na ul. Traugutta pod nr 60. Ta ulica była bezpieczniejsza bo jeździli nią żołnierze do koszarów rosyjskich mieszczących się na ul. Mickiewicza. W 1946 ojciec postanowił sprowadzić nas do Szczecina. Załatwił nam cały wagon towarowy. Dzięki temu mogliśmy przewieźć wszystkie meble i rzeczy z naszego domu w Buczkowicach. Z przystanku Bystra Wilkowice(na Śląsku) jechaliśmy do Szczecina całą dobę. Dotarliśmy tam 15 czerwca 1946 roku. Przed drewnianym mostem nad Odrą wysiedliśmy z pociągu i na pieszo przeszliśmy na drugą stronę bo baliśmy się, że może on runąć. Pod dworcem czekała na nas duża furmanka, na którą załadowaliśmy nasze rzeczy. Pamiętam, że bardzo długo jechaliśmy prze miasto ul. Wojska Polskiego. Miasto od razu bardzo mi się spodobało. Wokoło było dużo gruzów ale dzielnica Pogodno, w której mieliśmy zamieszkać była w dobrym stanie. To co utkwiło mi w pamięci to duża przestrzeń miasta. Mama była niezadowolona, że mieszkamy w szeregowcu bo na Śląsku mieliśmy domek. Tato tłumaczył jej że to ze względu bezpieczeństwa. Otoczenie w którym żyliśmy bardzo mi się podobało. Szczególnie zainteresowały mnie drzewa pigwy rosnące przed każdym szeregowcem na ulicy Traugutta. Jej owoce były podobne do gruszki. Nie za bardzo wiedziałem co to jest, ale próbowałem je ugryźć. Były jednak zbyt twarde do zjedzenia. Zaraz po przyjeździe zacząłem chodzić do szkoły powszechnej nr 3 na ul. Reymonta.

Po lekcjach razem z kolegami chodziliśmy po ruinach i opuszczonych niemieckich mieszkaniach. Szukaliśmy tam zabawek. Szczególnie interesowały nas małe, metalowe samochodziki tzw. „resoraki”. Pewnego razu znalazłem też ,,Waltera”. Wyczyściłem, naoliwiłem ale nie miałem do niego pocisku i to był mój prawdziwy dramat.

Rodzice zakazywali nam chodzić po mieszkaniach, szczególnie w części należącej dziś do ulicy Witkiewicza. Ale wyprawy i tak się robiło. W starych szafach znajdowaliśmy niemieckie mundury i odcinaliśmy z nich guziki. Później grało się w guziki i o guziki. Mieliśmy całe kieszenie takich guzików.

W domach zbieraliśmy też kamienne garnki z marmoladą przygotowaną jeszcze przez niemieckie gospodynie. Następnie zrzucaliśmy je przez okna z piętra na ulice.

Na stadionie ,,Pogoni” znajdowało się całe składowisko amunicji. Były tam min. pociski do armat ,,pelotki”. Uderzaliśmy nimi o stopnie schodów i próbowaliśmy zdjąć z nich czubek. Po zdjęciu czubka wyciągaliśmy z pocisku proch w formie okrągłych rureczek. Do tych rureczek wkładało się zapałkę i przytupywało nogą. I wtedy strzelało. To była zabawa! Tymi rureczkami. Rodzice zakazywali nam chodzić na stadion. Ile to było gadki! Ale my ich nie słuchaliśmy. Jednego dnia jak zwykle umówiliśmy się na takie strzelanie. Tym razem moja mama zauważyła, że chcę tam iść i mnie nie puściła. Ale koledzy poszli – ja musiałem zostać. I dwóch z nich zginęło od wybuchu pocisku.

Z pocisków wyjmowaliśmy ,,opóźniacze” (tzn. urządzenia, które pozwalają opóźnić wybuch pocisku). Dwa takie opóźniacze zderzało się ze sobą i wtedy strzelało z nich kolorowe światełko. Te opóźniacze kładliśmy też na tory tramwajowe. Kiedy wjeżdżał na nie tramwaj opóźniacze strzelały. Przestraszony motorniczy wyskakiwał z wozu bo nie wiedział co się dzieje. Nas już tam wtedy oczywiście nie było.

Pociski karabinowe znajdowaliśmy w lesie arkońskim. Leżało ich tam od czorta. Czubek z pocisku wyłamywało się z łuski i wyciągało proch. Następnie część prochu wsadzało się powrotem do pocisku, a drugą część prochu wsypywało do metalowej zakrzywionej rurki, którą nazywaliśmy strzelbą. Do rurki wkładało się też pocisk i podpalało zapałką. Strzelaliśmy do drzew i krzaków. Zdarzały się przy tym poparzenia i zranienia ale zabawa była świetna.

W domu nie brakowało jedzenia. Moja mama nie pracowała zawodowo bo opiekowała się moją jednoroczną siostrą (urodzoną w 1945 roku) do moich obowiązków oprócz szkoły, należało noszenie obiadów dla ojca kiedy był w pracy. Lubiłem te wyprawy bo mogłem wtedy chodzić po ruinach starego miasta.

Nie pierwszą Wigilię w Szczecinie rodzice zaprosili dwóch niemieckich chłopców w moim wieku. Byli trochę wystraszeni. Ja z nimi nie rozmawiałem, bo nie lubiłem Niemców. Pod choinkę dostałem skarpety, cukierki i ciastka. Z rozmów rodziców przy stole dowiadywaliśmy, jak żołnierze rosyjscy traktowali przyjezdnych. Zabierali im wszystkie cenne przedmioty. Czasami w obronie imigrantów stawali amerykańscy żołnierze którzy eskortowali ludzi do Szczecina. Najbardziej znanym wydarzeniem była sprzeczka między żołnierzami rosyjskimi i amerykańskimi w knajpie ,,Myśliwska” przy ul. Jagiellońskiej. Sprzeczka ta przekształciła się w regularną kilkugodzinną bitwę.

Kiedy chodziliśmy z kolegami na kładkę w pobliżu stacji Pogodno, widzieliśmy Niemców wyjeżdżających transportem kolejowym. Obok w krzaki żołnierze Rosyjscy prowadzili niemieckie kobiety. Jako chłopcy nie rozumieliśmy dlaczego tak mocno przyciskają je do ziemi.

Zebrał i opracował: Ryszard Zdebski