Pionierzy Szczecina

Danuta Szpetkowska

danuta szpetkowskaTato miał możliwość wyboru miejsca zamieszkania i kiedy dotarł pod adres na ul. Bolesława Śmiałego 34 do opustoszałej kamienicy, cofnął się, ponieważ na kuchence stały jeszcze ciepłe garnki, a w sypialni leżała porozrzucana pościel. Wybrał mieszkanie dwupokojowe w oficynie, na parterze z WC, ale bez łazienki, gdzie słońce zaglądało przez parę godzin, ponieważ odbijało się z okien na podwórzu. Dokładnie pamiętaliśmy moment opuszczenia wileńskiego 3-pokojowego mieszkania z pełnym wyposażeniem, kiedy musieliśmy mijać się w drzwiach z zamieszkującymi naprzeciw kołchoźnikami.

W lipcu 1945 roku, tuż przed repatriacją z rodzinnego Wilna – wybrałam się na spacer po mieście. Tak bardzo chciałam zachować w pamięci każdą ulicę, każdy dom, każdą bramę tak, jakbym już nigdy nie miała tam wrócić.

Karta rejestracyjna mieszkańców miasta Szczecina (21 września 1945r.)

Z Wilna wyjechaliśmy transportem 36, w bydlęcych wagonach i przyjechaliśmy do Szczecina. Mój tato był kolejarzem i kiedy Dyrekcja Okręgowa Kolei Państwowych powstała w Szczecinie, przeniósł się ze Szczecinka, a w sierpniu nas przyprowadził, tzn. babcię, mamę i mnie. Dojeżdżając pociągiem do Szczecina, musieliśmy wysiąść na moście i ten odcinek pokonać pieszo, ponieważ most był prowizoryczny i kołysał się. Na spacerze ulicami zrujnowanego miasta zapamiętałam plac Zwycięstwa z dwoma kościołami i klomby obsadzone krzakami czerwonych róż. Na pogorzelisku tego miasta jakby zabłysła iskierka nowego życia. Tato miał możliwość wyboru miejsca zamieszkania i kiedy dotarł pod adres na ul. Bolesława Śmiałego 34 do opustoszałej kamienicy, cofnął się, ponieważ na kuchence stały jeszcze ciepłe garnki, a w sypialni leżała porozrzucana pościel. Wybrał mieszkanie dwupokojowe w oficynie, na parterze z WC, ale bez łazienki, gdzie słońce zaglądało przez parę godzin, ponieważ odbijało się z okien na podwórzu. Dokładnie pamiętaliśmy moment opuszczenia wileńskiego 3-pokojowego mieszkania z pełnym wyposażeniem, kiedy musieliśmy mijać się w drzwiach z zamieszkującymi naprzeciw kołchoźnikami. W skrytości ducha myśleliśmy, że może za jakiś czas wrócimy do Wilna.

2 września 1945 roku odbyła się inauguracja roku szkolnego w I gimnazjum i liceum w polskim Szczecinie. Czekałam na ten dzień z bijącym sercem. Przyszłam godzinę wcześniej. Wokół szkoły nie było żywej duszy, a więc byłam pierwsza! Pierwsza pod szkołą. Monumentalny budynek szkolny robił piorunujące wrażenie, tak jak otoczenie tej szkoły. Punktualnie o godzinie dziewiątej przed szkołą odbyła się uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego z udziałem pani dyrektor Janiny Szczerskiej, zaproszonych gości i młodzieży przybyłej ze wszystkich zakątków kraju.

Prof. H.Durnasiowa z uczniami. Pani Szpetkowska w środku w marynarskim kołnierzyku

W 1946 roku również powstała pierwsza szkoła muzyczna w prywatnym mieszkaniu przy Alei Piastów 74, a prowadziła ją pani profesor Halina Durnasiowa. Rodzice zapisali mnie na naukę gry na fortepianie, a parę lat później brałam udział w Międzyszkolnym Popisie uczniów pięciu miast – w auli Uniwersytetu M.K. „Colegium Maximum” w Toruniu (Dwór Artusa).

Pewnego dnia poszłam z rodzicami na spacer i doszliśmy do Zamku Książąt Pomorskich – całkowicie zrujnowanego, ale życzliwy dozorca oprowadził nas po terenie, a wejście do środka ruin było niemożliwe i groziło niebezpieczeństwem. Innego dnia wypuściłam się sama do miasta i nie widziałam, że doszłam do odcinka dzisiejszej ul. Malczewskiego (od Wyzwolenia do Matejki) – dziś tutaj mieszkam od 43 lat. Wśród gruzów i ruin stał jedyny nie zburzony dom, który stoi do dziś. Na ulicy po dwóch stronach porozkładali swoje „dobra” do sprzedaży mieszkańcy niemieckiego pochodzenia. Wśród wystawionego towaru dostrzegłam piękny czubek na choinkę i bez wahania kupiłam ponieważ zbliżały się pierwsze w polskim Szczecinie święta Bożego Narodzenia. Przez wiele lat wszyscy podziwiali gustowny zakup tej świątecznej ozdoby.

W roku maturalnym 1951 pewnego dnia do klasy wkroczyła pani dyrektor Janina Szczerska i zapytała nas na jakie studia wybieramy się. Okazało się, że znakomita większość dziewczyn chciała studiować medycynę. Pani dyrektor stanowczym głosem oznajmiła: „proszę, żeby po jednej stronie stanęły przyszłe medyczki, po drugiej inne zawody”. Zrobiło się zamieszanie, bo wszystkie przechodziły na stronę medycyny, a kiedy przyszła na mnie kolej i też ruszyłam na stronę medyczną, pani dyrektor wykrzyknęła: „czyście powariowały?” Na ten krzyk zahamowałam i przeszłam na drugą stronę. W ten sposób pani dyrektor Janina Szczerska zadecydowała o moim dalszym losie i zostałam inżynierem chemikiem. W 1952 roku otrzymałam nakaz pracy (dziś byłby marzeniem absolwentów) i przepracowałam 35 lat w jednym zakładzie pracy, a obecnie jestem osiemdziesięcioletnią emerytką.

opracowanie: Danuta Szpetkowska