Pionierzy Szczecina

Janina Grześkowiak

Jak wjechaliśmy na tereny poniemieckie i zobaczyliśmy jabłka, gruszki, czereśnie to pomyśleliśmy jedno: ,,Boże! Jaki tu jest raj!” My przez 6 lat nie widzieli ani śliwki, ani gruszki ani wiśni. Bo tam w Kazachstanie żadne drzewo nie rosło. To był tylko step z wysokimi krzakami i trawą.

Urodziłam się w 1920 roku na Wołyniu w powiecie Luboń we wsi Świtaź. Było nas pięcioro rodzeństwa: dwóch starszych braci (Stefan i Maksymilian), ja i dwie siostry (Łucja i Maria). Po wybuchu wojny Rosjanie wywieźli całą naszą rodzinę do północnego Kazachstanu. W 1943 roku nas rozdzielili. Matkę zabrali do więzienia na 4 lata bo nie chciała przyjąć paszportu rosyjskiego. Tatę gdzieś zamknęli bo był w wojsku Piłsudskiego i walczył z ,,czerwonymi”. Brat Stefan poszedł do wojska kościuszkowskiego. Zostałyśmy więc same razem z Maksymilianem i babcią Natalią.

Dopiero w kwietniu 1946 przyszły dla nas dokumenty repatriacyjne. Bardzo ładnie nas żegnali, zrobili nawet oficjalne podziękowanie. Potem załadowali nas na ciężarowe samochody i zawieźli 150 km na dworzec kolejowy w miejscowości Taboł . Wszyscy mówili, że jedziemy do Polski. Myśleliśmy, że to w nasze strony jedziemy, bo nikt nie sądził, że tam Polski już nie będzie. Ale kiedy przekroczyliśmy granicę to zorientowaliśmy się, że jedziemy na tzw. Ziemie Odzyskane.

Podczas drogi była dobra opieka. Do transportu został przydzielony lekarz i pielęgniarki. W każdym wagonie był gospodarz, który troszczył się o wszystko. Dostawaliśmy suchy prowiant – ryż, makaron, puszki mięsne i rybne. Dawali też suchary i cukier. Maczało się je w wodzie i jadło. Były też sproszkowane zupy w metalowych puszkach. Podczas 2-3 dniowych postojów robiliśmy obiady na bocznicach kolejowych. Jechaliśmy bez butów, ubrani w jedną koszulę i spódnicę .

Nasz najstarszy brat Stefan jeszcze w Kazachstanie został skierowany do wojska kościuszkowskiego i razem z frontem przybył do Lublina. Tam poszedł do szkoły wojskowej. Został mianowany na podporucznika i wysłany do Szczecina, bo tu wojsko robiło porządek z bandami. Z listów dowiedzieliśmy się o miejscu jego pobytu, więc postanowiliśmy pojechać za nim do Szczecina .

Kiedy pociąg przyjechał w lipcu 1946 na dworzec Niebuszewo ludzie byli bezradni. Nie wiedzieli, w którą stronę się udać. Siedzieliśmy w wagonach chyba ze dwa tygodnie. Wojsko przywoziło zupę, kawę i chleb. Żołnierze pytali nas dlaczego tu siedzimy. My mówimy, że nie wiemy co ze sobą robić. Dopiero mój brat Maksymilian znalazł jednostkę wojskową Stefana i zgłosił, że przyjechała jego rodzina. Bo ludźmi z rodzin żołnierzy opiekowało się wojsko. Takie było prawo. Przyjechali ciężarowym samochodem, załadowali nas i przywieźli na ul. Mosiężną (dziś Emilii Plater). Tam przydzielili nam dom z ogrodem. Oprócz mebli wszystko było w nim wyszabrowane. Nie znaleźliśmy ani pościeli, ani odzieży, ani żywności.

Z żywnością jednak nie było problemu. Chodziłam do PUR-u i tam dostawałam chleb i suchy prowiant. Póki nas brat nie znalazł to również wojsko bardzo się nami opiekowało (np. przywozili cukier i kawę)

Maksymilian znalazł pracę u gospodarza w Buku koło granicy. Robił tam w domu i w polu jako służący. Czasami przywoził nam trochę kartofli i marchwi. Ja zatrudniłam się do pilnowania dzieci u jednego właściciela sklepu. Dostawałam za to jedzenie. Natomiast babcia Natalia opiekowała się w domu moimi młodszymi siostrami. Łucja miała wtedy 13 lat a Marysia 10.

Pewnej niedzieli w lipcu poszłyśmy do sadu po gruszki. Patrzymy, a tu w naszą stronę zmierza jakiś wojskowy. Nawet się trochę wystraszyłyśmy – czego on od nas chce? Po krótkiej chwili zniknęły jakiekolwiek wątpliwości – to nasz brat Stefan! Jak myśmy się go uczepili! Wszyscy w płacz – radość nie do opisania! Okazało się, że chodził od mieszkania do mieszkania i nas szukał. Z początku on nas też nie poznał, takie byłyśmy zabiedzone. Kiedy zobaczył jak wyglądamy, że nie mamy za bardzo w czym chodzić, wziął nas wszystkie i zawiózł do PUR-u. Jakiś człowiek zaprowadził nas do wielkiego pokoju gdzie leżała hałda butów z UNRRY. Powiedział, że mamy prawo wziąć po dwie pary butów. Jedną na nogi, drugą w rękę. Później brat nas zawiózł do Czerwonego Krzyża na obecną ulicę Wojska Polskiego. Tam były sukienki, koszule, bluzki, halki…. Te rzeczy wydawała kobieta. I jak zobaczyła trzy bidule to mówi: ,,bierzcie ile chcecie”. Ja miałam 16 lat, ale nie wyglądałam jak kobieta tylko jak dziecko. W czasie wojny byliśmy wygłodzeni i nie rozwijaliśmy się tak, jak należy. To my brali na siebie po dwie rzeczy, czy pasowało czy nie pasowało. A najmłodsza Marysia spytała jeszcze spontanicznie: ,,A możemy tak jeszcze wziąć na rękę?” O Boże! Jak my ubrane powychodziły! Jak książęta!

A później brat nas zawiózł w jeszcze jedno miejsce … po płaszcze.

W sierpniu 1946 roku wojsko przywiozło nas samochodem ciężarowym do Skolwina. Dom, w którym mieliśmy zamieszkać zajmowały dwie Niemki. Żołnierze nakazali im opuścić mieszkanie. One wzięły tylko tobołeczki i wojsko zabrało je do Polic. Tam były łagry dla Niemców. Momentalnie nam się przypomniało, jak nas Sowieci wywozili. W domu wszystko pozostało po Niemkach – łóżka, piec, garnki, poduszki, jedzenie. Na początku nie bardzo wiedziałyśmy jak mamy to traktować – czy możemy się tym swobodnie posługiwać, swobodnie rozporządzać – czy to już jest nasze?

Stefan zachęcał byśmy się pchali na gospodarkę, bo na gospodarce zawsze coś do jedzenia się znajdzie. Dzięki niemu dostałyśmy 6-7 ha ziemi wraz z gospodarstwem. Tu dawali ziemię tylko wojskowym (później tę ziemię zabrali do kołchozu, a w zamian zostawili nam zabudowania). Ale nie można było mieć gospodarki i jednocześnie służyć w wojsku. Stefan więc wrócił do jednostki, a my zarządzałyśmy gospodarką.

Gospodarstwo było obsiane. Rosła tam pszenica i owies. Wojsko kosiło zboże i stawiało je w sztygi (snopy). Jak skosili to można było to zboże zabrać na wózek i zawieźć do młyna. W zamian dostawałyśmy mąkę. Na gospodarce był wózek i my wszystkie chodziłyśmy z nim na pole. Ja ciągnęłam – siostry pchały. Na wózek kładliśmy pszenicę i cały dzień woziłyśmy. Przyszedł kiedyś porucznik i mówi: ,,my w niedzielę nie będziemy pracować. Damy wam parę koni, wóz i nawoźcie sobie zboża.” Całą niedzielę woziłyśmy. Same robiłyśmy z mąki – i chleb i kluski. Na polach po Niemcach zostało też dużo warzyw – kapusta, ziemniaki, marchew…

Był też taki pułkownik – Polak, urodzony w Rosji. Pewnego dnia przywiózł nam krowę. Nie czekając nawet chwili babcia od razu wzięła się do dojenia, a my od razu już stałyśmy z garnuszkami. Wtedy to było wydarzenie na Skolwinie. Wszyscy nam tej krowy zazdrościli.

Pierwsza wigilia. O Boże! To już była rozkosz! Mieliśmy rybę kupioną od tutejszych rybaków. Pierogów my narobili z kapustą i z grzybami, które same zebrałyśmy w lesie. A tak głośno kolędowaliśmy wszyscy, że aż się ściany trzęsły. Na choince powiesiliśmy jakieś ciastka .Tylko prezentów nie było. Pasterka też była pamiętna. Do kościoła przyszedł Adaś – taki chłopak, który urodził się na Sybirze. W pewnym momencie, w trakcie mszy wyciągnął on papierosy i zaczął pali

w Kościele. Mój brat od razu zareagował, powiedział że nie wolno. Adaś był bardzo zdziwiony. Pytał – dlaczego? Nigdy nie chodził do kościoła i po prostu tego nie wiedział.

W wolnych chwilach schodziło się do nas dużo młodzieży. Do brata przychodzili chłopaki a do nas koleżanki. Bawiliśmy się w ciuciubabkę, graliśmy w karty (w „Durnia”, „Tysiąca”) w „Dupniaka” (jeden bił drugiego ręką po tyłku i wołał: ,,zgadnij kto to?”). Wszyscy śpiewali, tańcowali, a brat przygrywał na akordeonie. Wieczorami zbieraliśmy się na różne opowieści m.in. o duchach. Pomimo różnych trudności próbowaliśmy urozmaicić sobie życie i organizować tego typu rozrywkę.

Jako rodzeństwo byliśmy bardzo zżyci. Opiekował się nami Maksymilian. On był dla nas matką , ojcem i bratem. Na sobotę i niedzielę przyjeżdżał Stefan.

My w sumie nie płakaliśmy za rodzicami. Może się jakoś uodporniliśmy? Oczywiście czasami zastanawialiśmy się dlaczego to nas spotkało, dlaczego my nie mamy mamusi i tatusia? Najmłodsza siostra Marysia wtedy mówiła: ,,widocznie tak Bóg chciał…..”

Kiedyś do babci powiedziałam, że Bóg chyba o nas zapomniał! A babcia na to: ,,Dziateczki kochane – Pan Bóg to wie nawet ile włosów mamy na głowie.” I z dzisiejszej perspektyw ja to rzeczywiście potwierdzam. Wszyscy przeżyliśmy, odszukaliśmy się w Polsce i to co najbardziej niesamowite – rodzice w końcu też do nas przyjechali. Dlatego podczas spotkań z młodymi zawsze powtarzam: ,,Pamiętajcie, Bóg jest łaskawy i czuwa nad każdym człowiekiem”!

Zebrał i opracował: Ryszard Zdebski

Historię Janiny Grześkowiak opowiedziała w swoim debiucie filmowym pt.: MÓJ DOM pochodząca ze Szczecina Magdalena Szymków

Film opowiada historię pani Janiny i Niemki Annemarie Liermann. Obie kobiety zostały wysiedlone ze swoich domów. Annemarie Liermann została wysiedlona ZE SZCZECINA –  Janina Grześkowiak DO SZCZECINA. Jak możemy przeczytać w materiałach prasowych – „Ich losy przeplatają się, prowadząc od jednostkowej historii do szerszego obrazu wojny i straty jaką niesie.”

Prywatnie Janina Grześkowiak jest babcią reżyserki filmu Magdaleny Szymków.

GORĄCO POLECAMY!!

TRAILER FILMU:



TU MOŻNA OBEJRZEĆ FILM W CAŁOŚCI: