Pionierzy Szczecina

Leokadia Ferlas

Leokadia FerlasZ mieszkaniami bywało bardzo różnie. Najpierw zamieszkaliśmy na ul. Wojska Polskiego, u chłopaka, mojej sympatii – którego poznałam jeszcze w Rosji. Nie mieliśmy jednak żadnej nominacji. Po niespełna trzech tygodniach przyszedł jakiś polski major, któremu oficjalnie przydzielono ten dom. Nie było nawet o czym rozmawiać – trzeba było się pakować. Po tym wszystkim przydzielili nam mieszkanie na ul. Ujejskiego. Tam już mieszkała jedna rodzina, nazywali się chyba Kuźmińscy. Tym razem oni nie mieli nominacji. I tak to się często układało.

Przed wojna ojciec pracował w więzieniu w Brześciu nad Bugiem. Mama opiekowała się domem. Kiedy weszli Rosjanie zaraz aresztowali ojca (później dowiedzieliśmy się, że zginął W Katyniu). Powiedzieli, że go wypuszczą jak dostanie poparcie od 2-3 komunistów, że jest dobrym człowiekiem. Mama znalazła jednego, który poświadczył za ojca. Kiedy szukała innych okazało się, że po 3 dniach wywieźli ojca w nieznane. My pojechaliśmy do znajomych do Kobrynia i tam Rosjanie aresztowali naszą rodzinę. Mówili, że wiozą nas do ojców. Miałam wtedy 14 lat. Razem z mamą i dwoma braćmi Ryszardem i Henrykiem zawieźli nas na Kazachstanu – ponad 5 tys. km od Polski.

Na początku 1945 kiedy do Akmolińska wracali z frontu ranni żołnierze Rosyjscy. A że pracowałam w bibliotece to i owo się dowiedziałam o końcu wojny. Już dali nam dowody zezwalające na przejazd do Polski. Jednak zaraz po tym jak nam wręczyli te dowody, kazali oddać z powrotem. I tak kilka razy.

Ostatecznie dali no i podstawili transport. Nie chcieliśmy wierzyć, że jedziemy do Polski. Rosjanie na drogę dali nam co mogli do jedzenia. Bo Rosjanie to bardzo dobrzy ludzie, ostatnim kawałkiem chleba się podzielili (co innego władze). W obozach pojawiła się też pomoc amerykańska. Bardzo nam pomagali. Przed wyjazdem dostaliśmy ubrania i jedzenie. Dostałam nawet taki elegancki płaszcz. W czasie drogi codziennie dostawaliśmy zupę (pajok) i chleb.

Wreszcie ruszyliśmy przez Ural, przez te góry. I jak przejeżdżaliśmy przez starą polską granicę to płacz był niesamowity. I jechaliśmy , jechaliśmy i przyszła polska granica. Jak my weszli na teren Polski to ludzie rzeczywiście klękali i całowali tę ziemie jak nasz papież.

Na granicy ludzie czekali na ten transport. Były biało-czerwone chorągwie i napisy.

p.Leokadia (po lewej) przy sztandarze harcerskim uszytym na Sybirze

W Rosji założyliśmy polskie harcerstwo.Moja mama uszyła nam sztandar. Wieźliśmy go ze sobą do Polski. W Brześciu nad Bugiem poszłam z koleżanką do kościoła i tam ksiądz z płaczem poświęcił nasz harcerski sztandar. Później w jednym z miast, w którym zatrzymał się nasz pociąg odbywał się zjazd harcerstwa. Poszliśmy tam z naszym sztandarem. Wszystkie drużyny nas witały, a my staliśmy tam tacy obdarci. Główny harcmistrz się popłakał. Powiedział, że przyjmował wiele delegacji z różnych krajów, ale takiej delegacji z Sybiru nigdy nie miał. Oni nas szczerze podziwiali!

A potem w wagonach wieźli nas dalej przez Polskę. I kto miał jakichś krewnych, to szedł sobie do rodziny. A myśmy mieszkali pod Rosjanami to nie mieliśmy gdzie wysiąść. Rodzina ojca była w kieleckim (bo ojciec pochodził Kielc), ale mama powiedziała że nie będziemy do nich jechać. Chyba wstydziła się tego w jakim byliśmy stanie po tych wszystkich przejściach. Jechaliśmy dalej przez całą Polskę. Przejeżdżaliśmy wszystkie większe miasta.

Wreszcie po 3 tygodniach, w końcu kwietnia 1946 roku przyjechaliśmy do Szczecina, na dworzec na Niebuszewie. Ja miałam w Rosji sympatię, chłopaka, który walczył w wojsku kościuszkowskim. On wcześniej przyjechał do Szczecina. Miał już tu mieszkanie. Zabrał nas tam z tymi naszymi tłumokami do domu na al. Wojska Polskiego. Nie mieliśmy jednak żadnej nominacji. Po niespełna trzech tygodniach przyszedł jakiś polski major, któremu oficjalnie przydzielono ten dom. Nie było nawet o czym rozmawiać – trzeba było się pakować. Po tym wszystkim przydzielili nam mieszkanie na ul. Ujejskiego. Tam już mieszkała jedna rodzina, nazywali się chyba Kuźmińscy. Tym razem oni nie mieli nominacji. I tak to się często układało.

3 maja 1947r. defilada drużyna harcerskiej "Sybirackiej"

3 maja 1947r. defilada drużyna harcerskiej „Sybirackiej”

Jeszcze mieszkając na ul. Wojska Polskiego poszłam do pracy w Zarządzie Miejskim. W Wydziale Opieki Społecznej. Byłam nawet kierownikiem z nominacji prezydenta Zaremby.

Ale w międzyczasie mama poszła do PUR-u. Tam chodziła z kanką po jedzenie. Poszła tam pewnego dnia. Patrzy, patrzy kto to idzie. A to idzie taki staruszek podobny do Piłsudskiego z wąsami. Patrzy, a to jej ojciec z trójką dzieci naszej cioci. Jezu jakie spotkanie! Ściskali się bez końca. Dzieci były całe pogryzione od pcheł. A jeszcze się okazało że dziadek bez grosza, bo w Wilnie na dworcu zasnął i tam zabrali mu wszystkie pieniądze i papiery. I musiał z dziećmi czekać cały miesiąc aż wyrobią mu nowy paszport. Powiedzieliśmy, że bierzemy te dzieci do siebie. Ale w mieszkaniu zrobiło się nas za dużo. Nie utrzymamy się. Co dać im jeść?

Mieliśmy na Niebuszewie Dom Dziecka i tam daliśmy dzieci. Ja byłam kierowniczką wydziału Opieki Społecznej i nadzorowałam te domy. Było im tam dobrze i mieli dobre jedzenie. Moja ciocia, matka tych dzieci została w obozie na Kaukazie. Ale bardzo za nimi tęskniła i płakała. Komendant obozu był ludzki i pytał dlaczego płacze. Kiedy się dowiedział, kazał jej jeść bardzo słone rzeczy. Wystąpiły u niej choroby i dzięki temu zwolnili ją z obozu. Kiedy wróciła do Wilna szukała dziadka i dzieci po wszystkich większych miastach. W końcu przyjechała do Szczecina do PUR-u i odnalazła nas w końcu 1946 roku.

Od początku miasto bardzo mi się podobało. Na stepach Kazachstanu odwykłam do widoku drzew a tu było mnóstwo zieleni. Ludzie byli też dla siebie bardzo mili i otwarci. Szczególnie przyjezdni ze wschodu. Wieczorami siadałam na schodach przed naszym domem i grałam na gitarze. Do śpiewu przyłączali się sąsiedzi i znajomi. Wtedy ulica tętniła życiem towarzyskim.

11 listopada nasza drużyna harcerzy Sybiraków wzięła udział w patriotycznym pochodzie. Oczywiście nieśliśmy wtedy nasz sztandar. Mój brat Ryszard kierował wtedy drużyna męską. On organizował ten nasz marsz. A moja koleżanka Samborska prowadziła drużynę żeńską.

Będąc przedsiębiorczym człowiekiem można było się w Szczecinie urządzić. Wokoło stały całe umeblowane mieszkania. Ludzie przyjeżdżali z Polski i je rabowali. Ale my nie braliśmy. Myśleliśmy że tu będą Niemcy, że nie będzie Polski, że nie będziemy tu długo mieszkać. Rodzina zachęcała nas abyśmy stąd wyjechali bo nie ma tu przyszłości.

W 1946 spotkałam w kościele swego przyszłego męża. On przyjechał do Szczecina rok wcześniej. Na początku pracował w kawiarni. Opowiadał jak przychodzili do niego Rosjanie i odbierali mu pieniądze z utargu ,,dawaj diengi” – mówili – ,,albo w łeb albo pieniądze”. Dlatego zarobek chował do butów. Ile razy odebrali, człowiek tracił wszystko.

W 1946 r. sytuacja stawał się bardziej stabilna. Z ulic znikały patrole rosyjskie i wchodziło wojsko polskie.

Zebrał i opracował: Ryszard Zdebski

Pracownicy Wydziału Opieki Społecznej z prezydentem Piotrem Zarembą przed gmachem Urzędu Miejskiego

Pracownicy Wydziału Opieki Społecznej z prezydentem Piotrem Zarembą przed gmachem Urzędu Miejskiego