Pionierzy Szczecina

Maria Spychalska

Maria SpychalskaPodróż była bardzo długa, strasznie się ciągnęła. I jeszcze do tego droga z dworca – same gruzy, wystające kikuty zburzonych budynków, wypalone ruiny. Ciemno i mróz. Jedynie śnieg jakby trochę to dekorował, ale wędrówki nie ułatwiał. Nieco lepiej się zrobiło jak doszliśmy do obecnej ul. Niepodległości i monumentalnego budynku poczty, który w sumie nie był w ogóle zniszczony. Właściwie dopiero od ulicy Śląskiej zaczynały się większe kwartały całych domów i to wyglądało jakby w tym miejscu zaczynało się miasto.

Jak przyszło nam wyjechać do Szczecina, to dla mnie był prawdziwy dramat. W naszym rodzinnym Poznaniu mieszkaliśmy już dobrych osiem miesięcy od powrotu z Generalnej Guberni. Ja już od kwietnia do szkoły chodziłam, więc miałam dużo koleżanek, kilka przyjaciółek. Jacyś koledzy, może sympatie. A tu znowu wszystko zostawić. Piętnastoletnia dziewczyna bardzo przeżywa takie rozstania. I tę podróż z Poznania do Szczecina polewałam łzami, cała drogę płakałam. Byłam taka nieszczęśliwa, że znowu jedziemy nie wiadomo gdzie.

Podróż była bardzo długa, strasznie się ciągnęła. I jeszcze do tego droga z dworca – same gruzy, wystające kikuty zburzonych budynków, wypalone ruiny. Ciemno i mróz. Jedynie śnieg jakby trochę to dekorował, ale wędrówki nie ułatwiał. Nieco lepiej się zrobiło jak doszliśmy do obecnej ul. Niepodległości i monumentalnego budynku poczty, który w sumie nie był w ogóle zniszczony. Obok jeszcze ładniejszy Pałac Ziemstwa Pomorskiego. Nasze mieszkanie było w domu obok tego pałacu. I jak weszliśmy do tego mieszkania to była radość niesamowita. Tatuś wszystko tak ładnie przygotował. Czyściutko, wszystko zadbane. Nawet firanki całkiem schludne pozawieszał. Skąd on mógł wtedy wziąć firanki? Niesamowite trzypokojowe mieszkanie i te wszystkie zadbane detale. Tatuś przyjechał tu ze dwa miesiące wcześniej. Jeszcze w poznaniu wrócił do swojej pracy sprzed wojny – do Powszechnej Kasy Oszczędności. I w niedługim czasie dostał propozycję, żeby przyjechać do nowo powstałego oddziału w Szczecinie. Dlatego przez te dwa miesiące miał czas żeby wszystko dla nas przygotować. I postarał się faktycznie niesamowicie. Dla nas wtedy 3 pokoje – szczyt marzeń. Dzięki temu chociaż trochę mi kamień z serca spadł.

Oczywiście gruzów nie brakowało. W miejscu, gdzie obecnie znajduje się „Odzieżowiec”, sterczały kikuty jakiegoś olbrzymiego budynku. I w tych gruzach leżała wielka ilość wieszaków – całe mnóstwo. I każdy był podpisany taką samą niemiecką nazwą, napisaną elegancką czcionką. Po tym wywnioskowaliśmy, że to zapewne był wielki dom handlowy. Nikt tego nie zbierał, bo nie było co wieszać na tych wieszakach. Tak wyglądały te okolice. Właściwie dopiero od ulicy Śląskiej zaczynały się większe kwartały całych domów i to wyglądało jakby w tym miejscu zaczynało się miasto.

I kl. humanistyczna I LO - od prawej prof. W. Grymowski, następna M. Spychalska

I kl. humanistyczna I LO – od prawej prof. W. Grymowski, następna M. Spychalska

Zaraz na drugi dzień tato zaprowadził nas do szkoły. I tu znowu lekkie przerażenie – ten olbrzymi korytarz, wysokie sklepienia. Jedna jakaś żaróweczka przy suficie, która właściwie prawie nic nie oświetlała. Ciemno niesamowicie. Każdy nasz krok wybrzmiewał jak głośne tupanie, do tego groźnie rozbrzmiewające echo. To było tak przykre, tak przygnębiające wrażenie. Ale pani dyrektor Szczerska przywitała nas bardzo sympatycznie i osobiście zaprowadziła nas do klasy.

Grono nauczycielskie I Liceum z dyrektor Janiną Szczerską (rząd środkowy w centrum) - 1947r.

Grono nauczycielskie I Liceum z dyrektor Janiną Szczerską (rząd środkowy w centrum) – 1947r.

Z panią dyrektor Szczerską miałam kilka ciekawych „przygód”. Uczyła mnie łaciny i znała nas wszystkich doskonale. Mieliśmy kiedyś wyjście do teatru. Tatuś miał rodzinę w Stanach Zjednoczonych i oni przysłali nam paczkę. W paczce tej była sukienka w kolorze takiego kanarka. No więc ja cała szczęśliwa sukienkę tę nałożyłam na przedstawienie do teatru. Następnego dnia przyszłam do szkoły. Do klasy weszła woźna i mówi, że mam iść do pani dyrektor. Od razu wiedziałam, że coś jest na rzeczy, ale zupełnie nie mogłam się połapać o co chodzi. Weszłam, ukłoniłam się ze spuszczoną głową i słyszę: „Jak tyś się do tego teatru wystroiła. Może ty już nie chcesz być uczennicą, może nie chcesz do nas należeć. Proszę bardzo, wolna droga – nikogo na siłę nie będzie tutaj trzymać…” Nieśmiało odpowiedziałam, że dostałam taką sukienkę i nie widziałam, że to może być niestosowne. „Co to znaczy, że dostałam. To ty nie wiesz jak powinna wyglądać uczennica…” pochyliłam głowę jeszcze niżej, ledwo wydukałam przepraszam i drobnym krokiem wyszłam z gabinetu. Myślę, że to był jednak pewien sposób, żeby nam przedłużyć młodość. Żeby nas uchronić przed zbyt szybkim wejściem w dorosłość. Chociaż wtedy trudno było to zrozumieć. Jak skończyłam studia stomatologiczne, to pani dyrektor została moją pacjentką. I można żartobliwie powiedzieć, że role się nieco odwróciły. Ale zawsze mieliśmy wspaniałe kontakty i mam poczucie, że wiele jej zawdzięczam.

Dziennik szkolny kl. IIIa I LO na rok szkolny 1946-47

Dziennik szkolny kl. IIIa I LO na rok szkolny 1946-47

W sierpniu następnego roku przeprowadziliśmy się do innego domu. Rodzice się dowiedzieli, że jest tutaj taka dzielnica willowa, w której są jeszcze puste domy. No to chodzili w okolicach Pogodna i szukali. Ostatecznie zdecydowali się na część bliźniaka przy obecnej ul. Soplicy. Tutaj już mieszkało kilu znajomych tatusia. Oczywiście cały dom był wyszabrowany, łącznie z drzwiami i oknami. Ale był tutaj taki Niemiec, pan Feder, który doskonale znał cała okolicę i podejmował się właśnie różnych takich prac naprawczo-technicznych. Każdemu z okolicy w czymś pomagał. I tak tatusiowi pomógł cały ten dom przygotować. Także jak my się wprowadzaliśmy tam w sierpniu, to dom ten zrobił na mnie imponujące wrażenie. Przede wszystkim dużo większy i w końcu z siostrą miałyśmy nasz własny pokój. Tak się właśnie rodzice starali nam nieco pomniejszyć te przykrości związane z przeprowadzkami i innymi trudnościami.

Ale stąd już do szkoły najczęściej tramwajem jeździłyśmy. Tylko, że tramwaje jeździły bardzo nieregularnie i zawsze były wypełnione po brzegi. Więc my wsiadałyśmy od tej drugiej strony, gdzie drzwi zawsze były zamknięte. I tak jechałyśmy na schodach przez całą drogę. Jakie to było niebezpieczne, a my w tej swojej nieodpowiedzialności … ba głupocie, bo tego inaczej nie można nazwać. Ale bardzo wielu ludzi tak jeździło. Często nie było już miejsca też na tych schodach. Mało tego, jak podjeżdżał tu na górkę to zwalniał i my wyskakiwaliśmy na tej wysokości w biegu, żeby krótszą drogę mieć do domu. Całe szczęście, że nas rodzice nie namierzyli. Chociaż może lepiej jakby namierzyli, szybko byśmy wtedy zrezygnowały z takich atrakcji.

W pewnym momencie tutaj niedaleko był punkt zbiorczy dla Niemców. To był bardzo przykry widok. Od razu przyszło mi na myśl jak myśmy wracali z tej tułaczki wojennej. No to oni prawie tak samo wyglądali. Niestety. Z dziećmi, z tobołkami. I widać było takie przygnębienie, strach, podłamanie. Bardzo smutne to było dla mnie, nie zagłębiałam się specjalnie w te konteksty wojenne, polityczne, tylko patrzyłam na tych ludzi tak po prostu. Po prostu na ich krzywdę. Pamiętam to bardzo wyraźnie do dziś.