Pionierzy Szczecina

Michał Kurowski

Mieszkanie miało kilka pokoi, ale przez całą zimę mieszkaliśmy tylko w jednym. Nas była czwórka i jeszcze babcia. W jednym pokoju i kuchni. W kuchni stała taka koza do palenia i rura odprowadzająca dym wychodziła przez okno. I w niej się paliło, to było nasze ogrzewanie. Wody w kranach nie było. Zatem jak się myliśmy, to na kozie grzaliśmy wodę i z wiadrami schodziliśmy do piwnicy. Ale rano, jak żeśmy wstawali, to ta woda w wiadrach była zamarznięta.

Do Szczecina przyjechaliśmy z rodzicami na życzenie i wystarczająco sugestywne zalecenie Urzędu Bezpieczeństwa. Oni po prostu w odpowiedni sposób dali ojcu do zrozumienia, że będzie zdecydowanie lepiej, jeśli będzie się z dala trzymał od swoich dawnych posiadłości wiejskich. Najpierw dali do zrozumienia zamykając ojca w areszcie, a później po wypuszczeniu udzielili kilka takich „dobrych rad”. W tej sytuacji się po prostu spakowaliśmy i wyjechaliśmy.

Do Szczecina jechaliśmy słynnym wówczas Zisem, o którym się mówiło z przymrużeniem oka, że jak trzeba to nawet na wodę może jechać. Prymitywna konstrukcja, ale jednocześnie niezawodna. Wjechaliśmy przez taki most pontonowy, który się bujał na wszystkie strony. Zabudowa przy Alei Piastów była zachowana w całkiem dobrym stanie i to robiło duże wrażenie. Dojechaliśmy na ul. 5 lipca i tam zostało nam wskazane mieszkanie, w którym mieliśmy zamieszkać. Tych pustych mieszkań było jeszcze naprawdę wiele. Nasze było całkowicie wyposażone, wszystko poniemieckie. Cieszyliśmy się, że chociaż ten problem mieliśmy z głowy.

Mieszkało nam się tam całkiem nie najgorzej, powoli się tam zadomowiliśmy. Jednak po jakiś trzech miesiącach przyszedł do naszego domu taki dziwny człowiek. Wziął ojca na rozmowę, po której tato jednoznacznie oznajmił, że musimy się wyprowadzić. Ten człowiek powiedział, że teraz on zajmuje te mieszkanie, a my mamy sobie coś znaleźć. Tak po prostu – tu i teraz. W grudniu, w środku zimy. Facet miał jakieś związki z Urzędem Bezpieczeństwa. Pewnie znał naszą historię i to był jego koronny argument w kontekście zajęcia mieszkania. I w końcu znaleźliśmy taką chałupę na Hoene-Wrońskiego, w której wcześniej stacjonowali Rosjanie. Troszeczkę było bałaganu, ale była stosunkowo w dobrym stanie zachowana. Dwa systemy ogrzewania. Olbrzymi piec gazowy i drugi piec na koks. To były bardzo nowoczesne rozwiązania jak na tamte czasy. Ale jak na ironię wszystko nieczynne. Dlatego mieliśmy tylko jedną kozę, która stała w kuchni, a rura odprowadzająca dym wychodziła przez okno. To było nasze jedyne ogrzewania, dlatego przez całą zimę mieszkaliśmy w jednym pokoju przylegającym do tej kuchni. Nas cztery osoby i babcia. Woda była z rur spuszczona. Zatem jak się myliśmy, to na kozie grzaliśmy wodę i z wiadrami schodziliśmy do piwnicy. Ale rano, jak żeśmy wstawali, to ta woda w wiadrach była zamarznięta. Dopiero na wiosnę zaczęliśmy stopniowo uruchamiać te instalacje i urządzać dom. To był już 1947 rok, a jeszcze wiele domów pustych stało, w których można było znaleźć jakieś meble, czy sprzęty. Oczywiście te lepsze były rozgrabione, ale coś takiego po prostu użytkowego – to nie było problemu. Chociaż dla nas jako dzieci to zupełnie inne rzeczy się liczyły. Mieliśmy zgraną paczkę kilku chłopaków. Chodziliśmy po tych domach, ale raczej, żeby jakieś druty do procy znaleźć. Jak znaleźliśmy nożyce saperskie, to cięliśmy taki drut, który służył do ciągnięcia semaforów. Ten drut średnicą idealnie pasował do lufy wiatrówki, którą ojcu podbieraliśmy. Niedaleko był basen przeciwpożarowy – to w zimę kombinowaliśmy, żeby jakiś krążek i kije do hokeja zorganizować. Z czegokolwiek, żeby tylko można było grać. Takie rzeczy nas najbardziej interesowały. Ojciec jednego kolegi – Zbyszka, był chyba wyżej postawiony. To on na przykład miał samochód. To kombinowaliśmy, żeby tylko po kryjomu nim pojeździć. To znaczy tylko wjeżdżaliśmy i wyjeżdżaliśmy z garażu – i to było nasze „pojeździć”, ale to było wydarzenie. Ten Zbyszek przyszedł kiedyś do mnie pochwalić się pistoletem, który też podebrał tacie. I ten pistolet mu w spodniach wystrzelił. Na tyle szczęśliwie, że tylko mu portki przedziurawił – nogi nie ruszył. Takie zabawy wtedy mieliśmy. No i oczywiście szukanie skarbów – temat wiecznie żywy. Opukiwaliśmy nawet ściany w domu. I a jakże – trafiliśmy na głuchy dźwięk. No już wiedzieliśmy, że będziemy bogaci. Młoteczek, jakiś łom i zaczynamy operację. Mama oczywiście mówiła, żeby nie ruszać, ale nie było szans żeby nas zatrzymać. I faktycznie trafiliśmy … na nieużywany przewód kominowy. Jak buchnęła sadza na cały pokój, to kilka godzin roboty mieliśmy.

Chociaż tak naprawdę wydaje mi się, że w tamtych okolicznościach ludzie stracili potrzebę gromadzenia rzeczy. Nawet cennych. Po pierwsze to była twarda walka o byt – o tyle, żeby zarobić na chleb, jakąś pracę znaleźć i w miarę bezpieczne miejsce zamieszkania. Po drugie, każdy się liczył z tym, że może w każdej chwili się zdarzyć, że ktoś przyjdzie, da kilkanaście minut na spakowanie, weźmie się jakiś węzełek – i dalej nie wiadomo gdzie. Mieliśmy to poczucie, że sytuacja polityczna jest zupełnie jeszcze niepewna, a i po prostu różne dziwne typy jeszcze się kręciły. Po prostu liczyłyśmy się z tym, że może jeszcze przyjdzie na uciekać!