Pionierzy Szczecina

Teresa Smolska-Kurowska

Któregoś dnia weszłam na strych, gdzie czasem wieszało się bieliznę do przeschnięcia. Tam zobaczyłam drabinkę prowadzącą do góry, do takiego jakby okna w dachu. Weszłam tam i zobaczyłam, że dach naszej kamienicy i sąsiednich jest zupełnie płaski i swobodnie można po nim chodzić. Mało tego, te dachy się łączyły i bez problemu można było przechodzić z jednej kamienicy na drugą. W ten sposób zaczęłam moje pierwsze samodzielne spacery po mieście. Takie zwiedzanie Szczecina od góry.

Jak podano informacje, że będą specjalne transporty do Polski, to mama natychmiast podjęła decyzję i jako jedna z pierwszych się zgłosiła do wyjazdu. Nie wyobrażała sobie dłużej mieszkać w miejscu, gdzie przeżyła obie straszne okupacje i egzekucję męża, którą wcześniej ogłoszono poprzez publiczne rozwieszenie plakatów drukowanych w trzech językach.

Nie bardzo było co pakować. Wszystko albo się sprzedało do tej pory, albo wymieniło na jedzenie.

Jedne buciki nosiłam kilka lat. Noga, jak to dziecku, bardzo szybko rosła, ale szewc wykombinował tak, że co jakiś czas doszywał nowy czubek.

Najpierw jechaliśmy do Warszawy, tam mieszkali nasi znajomi – państwo Karczewscy. Podróż to był jeden wielki głód, brud – ciężko to w ogóle wspominać. Do tego solidna zima. Jak dojechaliśmy do państwa Karczewskich do Piaseczna to trudno było powstrzymać łzy z radości. Oni mieli malutkie mieszkanko, chyba jeden pokój- i jeszcze nas do tego pokoju przyjęli. Pierwszą wigilię jeszcze u nich spędziliśmy. Było skromnie i ubogo – ale to były prawdziwe rodzinnie święta. Tuż przed Bożym Narodzeniem znalazłam na śmietniku jakąś starą, zniszczoną lalkę. Wymyłam ją porządnie, wyszykowałam nieco i dałam pod choinkę mojej czteroletniej siostrze Urszuli. Jaka ona była szczęśliwa, bo taki prezent był wtedy w ogóle nie do pomyślenia.

Moja ciocia, która była lekarzem, od kilku miesięcy mieszkała w Szczecinie. Wiedzieliśmy, że u państwa Karczewskich nie możemy zbyt długo zostać. Pojechaliśmy z mamą w styczniu 1946 roku. Gruzy nadbrzeża i okolic nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia, po tym co zobaczyłam w Warszawie. Tam to było prawdziwe morze gruzów. Natomiast mieszkanie cioci – to był szok. Olbrzymi korytarz, pięć pokoi. Po tym korytarzu to my później z kuzynem jakimś znalezionym, rozklekotanym rowerkiem jeździliśmy. Ale to co najważniejsze, w końcu mieliśmy swój pokój. Tylko dla nas, to znaczy dla naszej rodziny. Własne łóżko, wanna w której można było się wykąpać. Wystarczyło napalić w specjalnym piecu i była kąpiel w ciepłej wodzie – coś niesamowitego.

Po kilku tygodniach, jak się już oswoiłam w nowym miejscu, te wszystkie zakamarki w naszej kamienicy zaczęły mnie coraz bardziej ciekawić. Któregoś dnia weszłam na strych, gdzie czasem wieszało się bieliznę do przeschnięcia. Tam zobaczyłam drabinkę prowadzącą do góry, do takiego jakby okna w dachu. Weszłam tam i zobaczyłam, że dach naszej kamienicy i sąsiednich jest zupełnie płaski i swobodnie można po nim chodzić. Mało tego, te dachy się łączyły i bez problemu można było przechodzić z jednej kamienicy na drugą. W ten sposób zaczęłam moje pierwsze samodzielne spacery po mieście. Takie zwiedzanie Szczecina od góry. To była moja tajemnica, bo jakby się ktoś dowiedział, to bym już na pewno więcej na taki spacer nie poszła.

Pamiętam też dobrze pierwszą paczkę żywnościową jaką dostaliśmy z PUR-u. Suszone owoce, morele, rodzynki – to były niewyobrażalne smakołyki. Jak się dorwaliśmy do takiej paczki, to nikt nie mógł nas oderwać. Jak to dzieci. Była też kawa w takich oryginalnych woreczkach – to była chyba Nesca. Ale ani moja mama, ani ciocia nie piły raczej kawy i nie wiedziały za bardzo co z tym robić. Szkoda było wyrzucić i tak to leżało przez jakiś czas.

Mieszkanie było duże, dla mnie jak dla dziecka wręcz ogromne. Ale cały czas ktoś u cioci przebywał. A to na kilka dni, a to czasem na dłużej. Kolejni lekarze, którzy przyjeżdżali do Szczecina, albo ktoś komu trzeba było po prostu pomóc.

Ciocia to była niesamowita osobowość. Była lekarzem, dermatologiem. Jednak w tamtym czasie, w tych okolicznościach każdy lekarz wszelkimi chorobami się zajmował.

Wiele razy ciocia wspominała taką niezwykłą anegdotę, jak jej przyszło w listopadzie w nocy poród odbierać. Przyszedł po nią ojciec dziecka błagając, by szybko udała się do rodzącej żony. Czując jej zawahanie mężczyzna szybko zaproponował „ochronę” i poszli po wsparcie na komisariat. Komendant znając panią doktor wsparł ich pięcioosobowym „oddziałem”. Po dotarciu na miejsce porodu milicjanci wrócili na komisariat, bo nocami byli szczególnie potrzebni. Ciocia przystąpiła szybko do rodzącej, gdy po kilku chwilach do pokoju weszli mężczyźni krzycząc, że to napad. Jednak widok rodzącej zrobił na nich takie wrażenie, że nie czekając nawet chwili, w popłochu uciekli szybciej niż weszli. Poród został szczęśliwie odebrany, ale złodzieje i tak nie marnowali okazji i co mogli to jeszcze chwycili. Gdy doktor Smolska zbierała się do domu, zobaczyła, że jej płaszcz też nie umknął ich uwadze.

I tak w Szczecinie to się wszystko mieszało – czasem było strasznie, czasem śmiesznie. Niekiedy i tak i tak – w jednym czasie.