Pionierzy Szczecina

Witold Czarnecki

Pierwszy raz do Szczecina trafiłem w 1940 roku. Przywieźli mnie do pracy przymusowej do cegielni. To miasto to była perełka. Te kamienice, katedra, kościoły, nadbrzeże tętniące życiem. Aż trudno to wszystko opisać. Dlatego jak po wojnie musiałem się gdzieś osiedlić, to nawet pięciu minut się nie zastanawiałem dokąd jechać – tylko Szczecin! To proszę sobie wyobrazić jakie było moje zaskoczenie jak zobaczyłem … te pogorzelisko. Zrównane z ziemią nadbrzeże i Stare Miasto. Ja ciągle miałem w pamięci obrazy sprzed pięciu lat. Po prostu nie mogłem w to uwierzyć.

Mój powojenny wjazd do Szczecina pamiętać będę do śmierci. A mosty to takie były na pięć minut. Że one wytrzymały dwa lata – to nie sposób w to uwierzyć. Toż to na palikach było zrobione. Jak koła ruszyły to pik, ryk, cmyk – wszystko trzeszczało. Szybciej nie szedł jak gdzieś, ja wiem 3 – 4 kilometry na godzinę. Można było wysiąść z pierwszego wagonu załatwić się i na ostatni wagon zdążyć. No i bezwarunkowo pacierze wszyscy klepali. Nikt nie rozmawiał, nikt nie śmiał się. Szeptanie tylko. Cisza. Nieprzyjemnie było. Ci co wysiedli to szybciej szli niż ten pociąg.

No i jak ja zobaczyłem te ruiny … to myślałem, albo maszyniście albo mnie coś się pomyliło. Że my nie do tego miasta przyjechaliśmy. Za nic nie mogłem w to uwierzyć! Wysiadłem z pociągu i trzeba było iść. Iść i płakać … i tyle.

Jechałem tutaj do znajomego z Siedlec. Przyjechał wcześniej i mnie namawiał, żebym dojechał. Ale mnie nie trzeba było do niczego namawiać – ja Szczecin pokochałem już w 40 roku.

Dotarłem do niego na ul. Rayskiego. Pierwsze piętro zasiedlone, drugie zasiedlone, na trzecim jedno zasiedlone, ale ostatnie wyglądało jakby nikt nie mieszkał. Piękne czteropokojowe mieszkanko. Jak weszliśmy to zatkało. Zatkało, że ja w ogóle mieszkanie będę miał. I to jakie mieszkanie – duża kuchnia, wanna, piec, woda. Tylko puste zupełnie, jakby wymiecione. Sąsiedzi wcześniej przyjechali i pozabierali do siebie co było. Dlatego pierwszą noc spędziliśmy z moją żoną Helenką na podłodze. Mało tego – jeszcze tuż przed Szczecinem walizeczki nam ruscy żołnierze doszczętnie opróżnili. Ja i tak się cieszyłem, że tylko to im wystarczyło.

W dwa, trzy dni zaobserwowałem, że do mieszkania obok nikt nie wraca. Anie na dzień, anie na noc. To nie było na co czekać. Weszliśmy tam – a tam całe umeblowanie i wyposażenie. To dopiero szczęście pomyślałem, nawet tego nosić specjalnie nie musieliśmy – ot tak po prostu – drzwi w drzwi. Wszystko było: łóżka, szafy, stoły, nawet obrazy. Ale obraz niezbyt ładny, o taki przeciętny pejzaż. Ale wszystko co potrzeba i już nic więcej szukać nie musiałem.

Najważniejsze to było prace szybko znaleźć. Z tym też jakoś nie miałem problemu. Przyjęli mnie do takiej jakby straży miasta. Karabin dostałem. Dziewięć naboi w niego wchodziło pod lufę. Brali ludzi do takiej roboty bo strasznie niebezpiecznie było. Musiałem też jakoś drzwi zabezpieczyć, bo Helenka sama w domu zostawała. Zrobiłem tak, że drzwi z pokoju wymontowałem i postawiłem w korytarzu. Normalnie o ścianę oparłem. Deskę, taką belkę przybiłem w podłogę. Na 3 cale grubą. I mówię tak, jak będziesz spać tyle dasz radę te drzwi na drzwi, tą deską przyprzesz to żaden dziad nie rozwali … chyba, że czołgiem. A jak razem wychodziliśmy to taki system wymyśliłem. Zasuwka jest. I dziura, tam gdzie listy się rzuca. Ja wbiłem gwóźdź z boku szpary co jest, linkę do skobla i tak urządziłem, że jednym sznurkiem jak wychodziłem, pociągnąłem to ta zasuwka zasunęła drzwi. Tak jak na noc się zasuwa taki języczek. A jak przychodziłem to wziąłem drugim i zasuwka odeszła. Przez tą dziurę na listy. Ręką tam sobie sięgałem. Ktoś spojrzał to tego nie widział bo to było z boku. Sznureczki takie ciężki. Tak nas bieda wyuczyła i tak przed wojną chałupy zamykaliśmy.

Oczywiście najważniejszy pieniądz to … spirytus. Jak ktoś potrafił bimber gnać, to zawsze najlepiej na tym wychodził. I ja się w końcu też nauczyłem. Jak komuś zależało, to cukru nie brakowało, zawsze się załatwiło. A to z darów, a to Sowieci handlowali. Taki szmugiel szedł, że wierzyć się nie chce. Ale i tak najlepszy był z landrynek. Najsmaczniejszy.

Ze wszystkim człowiek musiał sobie dać radę. W kwietniu 46 roku w środku nocy żona mi rodzić w domu zaczęła. To dopiero była historia. Musiałeś gdzieś lecieć akuszerki szukać. Ale leć tu człowieku w nocy, kiedy co i rusz gdzieś tam strzały słychać. No ale nie było wyboru, no i czasu coraz mniej. No i co tu robić – i tak się jakoś poukładało, że żona po prostu urodziła przy mnie. Pępowinę odciąłem i wszystko w porządku. Rano poszedłem na Jagiellońską – tam mieszkała tak Niemka, która była akuszerką. Wielu ludziom ta kobieta pomagała. W takich chwilach nikt nie patrzył na narodowość. Tak wyglądała od samego początku „bratnia współpraca między narodami”.