Pionierzy Szczecina

Zbigniew Jurksztowicz

zbigniew jurksztowiczTo są ciekawe konteksty, bo w zasadzie powinniśmy żałować, że opuszczamy nasze rodzinne strony, ale mieliśmy już tak dość tej bliskości z Rosją. Tego bezprawia, bałaganu – bo w czasie wojny i zaraz po niej – tu straszne rzeczy się działy. Przede wszystkim w stosunku do nas – Polaków. Tak to pamiętam, że z wielką radością jechaliśmy, pomimo tego, że zupełnie to wszystko było nieznane.

Pan Zbigniew urodził się 1 czerwca 1935 roku w miejscowości Lachowicze, niedaleko Nowogródka. Lachowicze były proszę pana bardzo ciekawą miejscowością. Jest o nich nawet wzmianka w „Panu Tadeuszu”. Ponieważ tam miał swoją siedzibę Rejtan. Jest taki wers, Mickiewicz pisze: „gdyby Rejtan ożył, wróciłby do Lachowicz i w grób się położył”. Także była to miejscowość, no powiedzmy mała, kilkutysięczna ale Mickiewicz ją znał.” – wspomina z dumą pan Jurksztowicz.

„To były bardzo ciekawe tereny – niezwykły tygiel kulturowy. Mimo niewielkiej ilości mieszkańców były aż 4 kościoły. Rzymskokatolicki, prawosławny, żydowski i jeszcze meczet tatarski. Ojciec bardzo lubił grać w brydża. I przychodzili do niego – rabin, pop, przychodził ten mułła tatarski i ksiądz nasz. I tak grali całymi wieczorami. To taka typowa miejscowość dla tych naszych kresów wschodnich.

Ale oczywiście wszystko się zmieniło kiedy weszli nasi „wyzwoliciele” – 17 września 1939 roku.

Początkowo to nawet euforia taka panowała, że faktycznie oni nam pomogą. Po około dwóch miesiącach już prawie nikt nie miał złudzeń. Dlatego, jak przyszło nam wyjechać na tereny ziem zachodnich, to jako dziecko pamiętam, że w ogóle nie żałowałem. Dorośli zapewne nieco inaczej to przeżywali – dziecko to zawsze w prostszy sposób spostrzega. Tym bardziej, że to wyglądało tak, że Ojciec z frontu wrócił i o tym wyjeździe nam oznajmił. Dla mnie się to wszystko mieszało – olbrzymia radość z powrotu ojca, nadzieja na koniec tej biedy, jakiej ciągle doświadczaliśmy i taka jakby ucieczka od rosyjskich żołnierzy, którzy nas tam strasznie traktowali.

„Każda rodzina dostała pół wagonu. Dobytek nasz był nie za wielki, ale na spokojnie mogliśmy się spakować. Ojciec jako wojskowy dostał przydział do 41 pułku w Stargardzie.

Trzy tygodnie w podróży. Spanko, gotowanie na torach. Mama jakieś zupy robiła. Co mogła to wzięła z takich rzeczy, które się nie psuły. Tam jakąś słoninę – wtedy taka słonina to wielkie szczęście było.

Jak przekroczyliśmy granicę w Brześciu, to przywitała nas orkiestra. Hymn polski zagrali. To ciężko było łzy powstrzymać. Okazało się, że już, że za tą granicą można kupić bułki, biały chleb, jakieś tam masło, nawet kiełbasę.”

Najbardziej w pamięć zapadła jednak „Oranżada”. Tato poleciał i specjalnie mi przyniósł. Trudno zapomnieć taki moment, bo czegoś takiego nie było na kresach.

Ze Stargardu Szczecińskiego nie zostało zbyt wiele dobrych wspomnień.

Stargard był ostro rozbity. Pełno gruzów. Do szkoły daleko miałem i często pośród tych gruzów się gubiłem. Dużo czasu marnowałem, żeby się zorientować jak do domu wrócić. Szkoła była niesamowicie zatłoczona. Ja nawet miejsca nie miałem. Wiadomo – starsi rządzili, poniewierali nami młodszymi, to się gdzieś po kątach chowaliśmy. Poza tym Ruskich pełno.”

Na szczęście nie trwało to zbyt długo. W październiku Ojciec pana Zbigniewa służbowo został skierowany do 12 dywizji w Szczecinie.

Podstawili starego Zisa – taką ciężarówkę. Zabraliśmy to co było i przywieźli nas bezpośrednio tutaj na Traugutta. Dom był w bardzo dobrym stanie. Takich domów było bez liku. Można było od razu zamieszkać. Meble, wyposażenie. I trzeba podkreślić, że dla nas to był ogromny przeskok cywilizacyjny. Dla takiego gówniarza jak ja to nie było takie ważne, ale przecież w Lachowiczach nie mieliśmy ani wody ani kanalizacji. Była studnia i wychodki na dworze.

Chociaż dla mnie nie to było najważniejsze. Rower i harcerska finka – o tym naprawdę marzyłem. Z finką się nie udało, ale rower sam sobie złożyłem z kilku rozwalonych jakie znalazłem. Jaka to była radość, ta pierwsza przejażdżka.”

Radość nie trwała zbyt długo.

Matka zawołała mnie na obiad, zostawiłem go przy płocie. Wychodzę – a tu nie ma! Patrzę – jedzie skubany. Tylko plecy widać było. Rusek w mundurze – prosto na Przybyszewskiego pojechał, bo oni tam stacjonowali.”

Jeszcze bardzo wielu Niemców tutaj było. Oni się tak szwendali, szukali okazji, żeby jakąś robotę chociaż za jedzenie wykonać. Do nas taka Niemka sprzątać przychodziła. Z synem przychodziła -traktowałem ich jak powietrze. Nie lubiliśmy Niemców, co tu dużo gadać. Nikt się z nimi już wtedy nie liczył. Pogarda była straszna trzeba przyznać, choć nie każdy ją drastycznie okazywał. Jakoś nie miałem potrzeby żeby jakiemuś gówniarzowi niemieckiemu nakopać, ale też nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego. Wtedy mieli proszę pana za swoje jak to się mówi. Nikt ich raczej nie żałował. Ruskich zresztą też nie znosiliśmy. Ruskich za coś innego, a Niemców za coś innego. I trudno się dziwić po tym wszystkim czego doświadczyliśmy. Ale awantury takie miejskie to były z Ruskimi raczej. Od czasu do czasu się schlali i strzelali po mieście. Nas wojskowych tak nie ruszali, bo wiedzieli, że i my broń mamy. To wtedy takie klimaty była, ale później to się oczywiście jakoś rozeszło. Nie miałem żadnego problemu, żeby przyjąć poprzedniego właściciela domu, który przyjechał do mnie w 1987 roku. Całkiem miło ten czas spędziliśmy, wiele rzeczy się dowiedziałem. Ale zaraz po wojnie, to nie było jak inaczej na to patrzeć.

Jeszcze w 45 mnóstwo tych domów pustych stało. Jak ktoś chciał, to można było chodzić i szabrować do woli. Meble, książki, różne naczynia. Wydawało mi się, że w pewnym momencie specjalnie w tym celu różne menty się zjeżdżały. Całe wagony wynajmowali i wywozili w Polskę co się dało.”

Ale dla mnie dziecka – inne problemy były istotne. Tutaj za płotem w tym wielkim domu mieszkał Borkowicz. To była jego siedziba. Warta cała dobę, wysoki mur i wyglądało na to, że odrutowany, chyba pod prądem. Kłopot był zawsze jak w piłkę grałem i wpadła tam czasami. To było dla mnie wtedy ważne. Ale i z tym trzeba było sobie jakoś radzić.

I tak prawie całe życie w tym jednym domu. Wiele lat później dobudowałem specjalnie taką cześć do niego, żeby po pierwsze rozbudować nieco, ale też, żeby swój wkład w niego mieć.

Trzeba przyznać, że piękne te okolice tutaj na Pogodnie. Chociaż muszę szczerze powiedzieć, że już kilka razy z żoną do Lwowa jeździłem i tam się chyba jednak nieco bliżej Polski czuję. Trudno to nawet określić, ale coś takiego odczuwam. Chociaż moi synowie to już w Pogodnie zakochani. Piotrek, który ma 24 lata to chyba nawet taki fanatyk można powiedzieć. Powoli się szykujemy, żeby się od nas wyprowadził – on mówi, że owszem, ale tylko na Pogodno!